Rodzina na zastępstwo
Sylwia Niemczyk/"Mamo, to ja"Sześć lat temu pan Tomasz razem z żoną założył pogotowie rodzinne. Od tamtego czasu przez ich dom przewinęło się już ponad dwadzieścioro maluchów.
Wszystko zaczęło się w 2005 r. Miałem czterdziestkę na karku i poczucie, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Moja żona czuła to samo – opowiada pan Tomasz. – No i akurat w prasie wciąż natykaliśmy się na artykuły o rodzinach zastępczych. Były pisane jakby dla nas.
Życiowa rewolucja
Nie wahali się, nie czuli strachu. Spełniali wszystkie warunki. Formalnym opiekunem został pan Tomasz. Jego żona nadal pracuje poza domem (stała praca jednego z opiekunów to wymóg, stawiany rodzinom zastępczym). Już po trzech miesiącach szkolenia dostali pod opiekę trzy siostry: 11, 9 i 6 lat.
– Zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę – pan Tomasz mówi, że początki były trudne: okazało się, że najstarsza z dziewczynek trafiła do nich z zaburzeniami zachowania i podejrzeniem molestowania.
– Mało kto zdaje sobie sprawę, z jak ciężkim bagażem doświadczeń przychodzą do nas dzieci. Byłem pewien, że tamta jedenastolatka potrzebuje psychiatry, ale nie mogłem z nią do niego pójść, bo nie byłem jej opiekunem prawnym. Po kilku miesiącach podjęła próbę samobójczą. Na szczęście zdążyłem ją uratować – opowiada.
Jestem po ich stronie
Mimo tak dramatycznych początków pan Tomasz mówi, że gdyby jeszcze raz miał podejmować decyzję o założeniu pogotowia rodzinnego, zrobiłby tak samo.
– Bywa trudno, ale o wiele więcej jest dobrych doświadczeń. Na przykład taka historia... Raz dostaliśmy trzech braci: pięciolatka, dwulatka i półroczne niemowlę. Byli u nas długo: dwa lata, ale za to wrócili do swojego domu! To był wielki sukces.
Tamten sukces nie odbyłby się jednak bez pracy pana Tomasza i jego żony. Przez dwa lata co niedziela organizowali spotkania chłopców z ich rodzicami biologicznymi.
– Udało nam się przekonać tamtych rodziców, że jesteśmy po ich stronie. Widzieliśmy, że zależy im na synach i wychodziliśmy im naprzeciw. A oni zmieniali się na naszych oczach. Z biegiem czasu coraz częściej przyjeżdżali na nasze spotkania trzeźwi, tata chłopaków znalazł pracę. Wreszcie sąd uznał, że maluchy mogą do nich wrócić. Nadal mamy kontakt telefoniczny – mówi pan Tomasz.
Potrzeba zrozumienia
Według ustawy, pogotowie rodzinne może jednocześnie opiekować się trójką maluchów, w razie konieczności czwórką. Trafiają do niego dzieci do dziesięciu lat (to jedna z różnic między pogotowiem rodzinnym a zwykłą rodziną zastępczą, od której pan Tomasz zaczynał działalność). Dolnej granicy wieku dzieci nie ma: kilka lat temu pan Tomasz zajmował się noworodkiem.
– Obecnie nasza najmłodsza podopieczna ma pięć lat. Mieszka z nami od listopada. W pierwszych dniach była bardzo nieufna, ale ja – tak zresztą zawsze robię z nowymi dziećmi – dałem jej dużo swobody. Czekałem, aż się zaaklimatyzuje. Maluchom bardzo pomaga też mój kilkuletni labrador. Kiedy przyjdzie, położy się obok, pomacha ogonem, to nie ma dziecka, które by się nie uśmiechnęło! – mówi pan Tomasz. – Po kilku dniach nasza pięciolatka zaczęła już ze mną rozmawiać. Rysowała sobie i mówiła smutno, że gdyby się schowała wtedy, kiedy do jej domu przyszła policja, to by jej nie zabrali. Słuchałem i potakiwałem: „Racja, następnym razem się chowaj”. Dziwnie? Dla mnie nie. Przecież ona musiała zobaczyć, że ten obcy człowiek, do którego ją przywieźli, rozumie jej ból i żal.
Życiowa rewolucja
Nie wahali się, nie czuli strachu. Spełniali wszystkie warunki. Formalnym opiekunem został pan Tomasz. Jego żona nadal pracuje poza domem (stała praca jednego z opiekunów to wymóg, stawiany rodzinom zastępczym). Już po trzech miesiącach szkolenia dostali pod opiekę trzy siostry: 11, 9 i 6 lat.
– Zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę – pan Tomasz mówi, że początki były trudne: okazało się, że najstarsza z dziewczynek trafiła do nich z zaburzeniami zachowania i podejrzeniem molestowania.
– Mało kto zdaje sobie sprawę, z jak ciężkim bagażem doświadczeń przychodzą do nas dzieci. Byłem pewien, że tamta jedenastolatka potrzebuje psychiatry, ale nie mogłem z nią do niego pójść, bo nie byłem jej opiekunem prawnym. Po kilku miesiącach podjęła próbę samobójczą. Na szczęście zdążyłem ją uratować – opowiada.
Jestem po ich stronie
Mimo tak dramatycznych początków pan Tomasz mówi, że gdyby jeszcze raz miał podejmować decyzję o założeniu pogotowia rodzinnego, zrobiłby tak samo.
– Bywa trudno, ale o wiele więcej jest dobrych doświadczeń. Na przykład taka historia... Raz dostaliśmy trzech braci: pięciolatka, dwulatka i półroczne niemowlę. Byli u nas długo: dwa lata, ale za to wrócili do swojego domu! To był wielki sukces.
Tamten sukces nie odbyłby się jednak bez pracy pana Tomasza i jego żony. Przez dwa lata co niedziela organizowali spotkania chłopców z ich rodzicami biologicznymi.
– Udało nam się przekonać tamtych rodziców, że jesteśmy po ich stronie. Widzieliśmy, że zależy im na synach i wychodziliśmy im naprzeciw. A oni zmieniali się na naszych oczach. Z biegiem czasu coraz częściej przyjeżdżali na nasze spotkania trzeźwi, tata chłopaków znalazł pracę. Wreszcie sąd uznał, że maluchy mogą do nich wrócić. Nadal mamy kontakt telefoniczny – mówi pan Tomasz.
Potrzeba zrozumienia
Według ustawy, pogotowie rodzinne może jednocześnie opiekować się trójką maluchów, w razie konieczności czwórką. Trafiają do niego dzieci do dziesięciu lat (to jedna z różnic między pogotowiem rodzinnym a zwykłą rodziną zastępczą, od której pan Tomasz zaczynał działalność). Dolnej granicy wieku dzieci nie ma: kilka lat temu pan Tomasz zajmował się noworodkiem.
– Obecnie nasza najmłodsza podopieczna ma pięć lat. Mieszka z nami od listopada. W pierwszych dniach była bardzo nieufna, ale ja – tak zresztą zawsze robię z nowymi dziećmi – dałem jej dużo swobody. Czekałem, aż się zaaklimatyzuje. Maluchom bardzo pomaga też mój kilkuletni labrador. Kiedy przyjdzie, położy się obok, pomacha ogonem, to nie ma dziecka, które by się nie uśmiechnęło! – mówi pan Tomasz. – Po kilku dniach nasza pięciolatka zaczęła już ze mną rozmawiać. Rysowała sobie i mówiła smutno, że gdyby się schowała wtedy, kiedy do jej domu przyszła policja, to by jej nie zabrali. Słuchałem i potakiwałem: „Racja, następnym razem się chowaj”. Dziwnie? Dla mnie nie. Przecież ona musiała zobaczyć, że ten obcy człowiek, do którego ją przywieźli, rozumie jej ból i żal.
Sonda
|

Facebook
Kalkulatory ciążowe















